strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - Imperial Commando: 501st nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Mówiąc o książce "Imperial Commando: 501st" nie można nie wspomnieć o atmosferze niepewności, kłótni, skandalu, która wydaje się tę powieść otaczać. A raczej autorkę powieści... Karen Traviss zawitała w świecie "Gwiezdnych wojen" w roku 2004 jako autorka książki "Komandosi Republiki: Bezpośredni kontakt" związanej z grą komputerową "Republic Commando". Okazała się osobą wnosząca świeży powiew i nowe pomysły, pisarką, która pokochała Mandalorian i rozbudowała ich świat, kulturę oraz język w sposób niespotykany dotychczas w Expanded Universe skoncentrowanym głównie na Mocy i jej użytkownikach. Niestety mandaloriańskiemu światu Karen Traviss przydarzył się bezpośredni, twardy kontakt z resztą gwiezdnowojennej rzeczywistości, z twórcami innych produktów związanych z tym wszechświatem i osobami decydującymi o kształcie uniwersum. Okazało się, że twórczość Traviss nie pasuje do nowej, kolorowo kreskówkowej wizji rzeczywistości, która nagle okazała się jedynie prawdziwą i niezaprzeczalną wersją historii ukochanej odległej galaktyki. Tak więc "501st", dziesiąta powieść Traviss związana z "Gwiezdnymi Wojnami", najprawdopodobniej okaże się ostatnią. Autorka zerwała współpracę, planowane książki odwołano, bohaterowie zostali porzuceni niepewni swoich dalszych losów. Czy to decyzja ostateczna, czy tylko ba'slan shev'la pokaże tylko czas. A książka zaprawdę warta jest zwrócenia na nią uwagi.

"Where's the peace and freedom and all that garbage we were supposed to see when we got the job done?"

Robota, znaczy wojna, skończyła się trzy tygodnie temu. Republika odniosła zwycięstwo, źli separatyści i zdradzieccy Jedi zostali pokonani. Nowe Imperium zastąpiło zgniłą i skorumpowaną Republikę. I miało być lepiej, i miał zapanować pokój i sprawiedliwość dla wszystkich. Tak obiecywano. Ale...

Nastąpiła zmiana, niby niezauważalna, dotycząca nowych tabliczek na urzędach państwowych i kolorów farb którymi maluje się okręty. Zmieniła się także atmosfera, duch czasu. Już nikt nie odważa się mówić otwarcie. Nikt nie opowiada dowcipów o politykach. Wszyscy są ostrożni. Wszyscy oglądają się przez ramię. Wszyscy uważnie obserwują sąsiadów, współpracowników, znajomych. Bo tak każą plakaty i reklamy prześladujące obywateli z każdego budynku i programu telewizyjnego. Bądź czujny wobec wrogów systemu. Zwracaj uwagę na rzeczy niezwyczajne. I informuj, donoś. Pomagaj instytucjom państwowym. Bądź dobrym obywatelem. A jeżeli nie jesteś, obejrzyj sobie przekazy na żywo ze światów, które nie były wystarczająco porządne i naucz się czegoś na ich przykładzie. Zastanów się, czy na pewno zrobiłeś wszystko co mogłeś dla dobra swojego kraju. Bo jeśli nie...

"The galaxy will be a safer place for every citizen if we eradicate Force-users. I don't just mean Jedi. I mean all of them."

Świat "Gwiezdnych wojen" zawsze kręcił się wokół Jedi i innych używających Mocy osobników. A spróbujmy wyobrazić sobie, jakby było pięknie i spokojnie, gdyby ich nie było. Pomyślmy i policzmy, ile wszechogarniających wojen i drobniejszych konfliktów zostało wywołanych przez użytkowników Mocy. I w ilu z tych konfliktów chodziło o zdobycie i utrzymanie władzy. Ile osób zginęło, by spełniły się czyjeś sny o potędze, chore ambicje, mrzonki. "Imagine..." Tak, galaktyka bez zapatrzonych tylko w siebie, pogardzających zwykłymi szaraczkami, władających niezwykłymi siłami, zawsze wiedzących lepiej i narzucających swoje zdanie istot byłaby cudownym, spokojnym miejscem. Rajem dla przeciętnego człowieka. Który, jak się okazuje wcale nie musi kochać i szanować Jedi, spoglądać ze ślepym uwielbieniem na ich czyny i spijać z ich ust każdego słowa. "Imagine, there's no..."

Oczywiście nie można całkowicie wyplenić użytkowników Mocy, rodzą się oni przez cały czas. Można za to wyeliminować zinstytucjonalizowane kulty, które użytkowników Mocy skupiają. To organizacje odpowiadają za cale zło. Usunięcie ich i całej pamięci o nich, to cel życia nowego dowódcy oddziałów specjalnych, nowej postaci w świecie Karen Traviss, Roly'ego Melusara, który przez swoje zaangażowanie i oddanie misji zyskuje natychmiast przydomek Holy Roly. Cóż, pragnienie usunięcia wszystkich władających Mocą w Imperium rządzonym przez takowych, wydaje się szalone i samobójcze. Ale nie oceniajmy postępowania człowieka, zanim nie poznamy jego powodów... A powody oczywiście istnieją. Osobiste. A zanim zacznie się działanie na poważniejszą skalę, można eksterminować pozostałości dawnego systemu i wyznaczyć listę celów oddziałom specjalnym. Zaczyna się polowanie. Sezon na Jedi uważa się za otwarty...

"... blaming the dead for being dead and leaving you so lonely..."

Nowy, zmieniający się wokół świat otaczający bohaterów jest przesiąknięty stratą i żałobą. Jak oni śmieli, nasi ukochani, odejść i zostawić nas samych? Zostawić, abyśmy musieli borykać się z własną samotnością? Są różne sposoby przeżywania i radzenia sobie z czyjąś śmiercią. Specjaliści potrafiliby wymienić etapy żałoby po czyjejś starcie. Niedowierzanie, wściekłość, wycofanie, stworzenie wokół siebie wirtualnego świata, w którym ból nie może nas dotknąć, chęć zemsty, pragnienie wyrównania rachunków, podążenia za utraconą osobą... Śmierć to łatwe wyjście, prosty ratunek przed okrutnym światem, który nas otacza. Czasami jest coś, czego można się przytrzymać, ktoś, dla kogo trzeba dalej funkcjonować, jakaś nadzieja, że koszmar minie, że wszystko się ułoży... Czasami nie na niczego...

okładka
"What a strange little group we are, clinging together. All loss and loneliness."

Ratunkiem przed przerażającym, samotnym światem są bliscy ludzie, rodzina, przyjaciele, którzy pomogą przetrwać najgorsze chwile. Grupa, która zgromadziła się wokół Kala Skiraty, to dość dziwna zbieranina. Nie ma wśród nich osoby, która nie byłaby w jakiś sposób dotknięta przez los. Innymi, prostymi słowy, w Kyrimorut na planecie Mandalore zebrała się prawdziwa banda niezłych popaprańców. Osoby z traumatycznym dzieciństwem i prześladującymi ich koszmarami, dotknięci stratą i żałobą, ogarnięci obsesjami, przepełnieni chęcią zemsty lub obezwładniającą nienawiścią do samego siebie, skrajni paranoicy i ekstremalni perfekcjoniści, socjopaci szarpani konfliktami lojalności, kryzysami tożsamości, sparaliżowani niemożnością dokonania wyboru, nękani konsekwencjami dokonanych w przeszłości wyborów... Psychoterapeuci mieliby tu zapewnioną robotę przez bardzo, bardzo długi czas. Wszyscy po swojemu cierpią. I wszyscy tworzą rodzinę, klan, ratunek i ostoję przed resztą świata. Który jest wrogi, zimny, odległy, niezrozumiały. I przed którym trzeba stworzyć azyl, bo inaczej...

"So I'm happy to mix with the scum of the galaxy."

Klanu Skiraty nie tworzą ludzie, których tak zwani porządni ludzie chcieliby mieć za sąsiadów. Zdecydowanie nie. Obserwując ich z zewnątrz, spoza zamkniętej mandaloriańskiej społeczności, zobaczylibyśmy najemników, profesjonalnych zabójców, jednoosobowe armie, ludzi bez skrupułów i bez sumienia, gotowych zabić w każdej chwili i nie mieć potem koszmarów sennych. A jednak, gdy widzimy życie tych ludzi z bliska, codzienne czynności, zabawy, romanse, miłości i nienawiści czujemy do nich sympatię, kibicujemy im. Co takiego musiałby zrobić bohater, żebyśmy zaczęli czuć do niego niechęć, antypatię? Gdzie nakreślić linię, której nie można przekroczyć?

"You didn't free them from the Jedi. You just brainwashed them for Mandalore. When are you going to let them think for themselves."

Obsesją i jedynym celem w życiu Kala Skiraty jest uwolnienie klonów, wyrwanie ich spod wpływu Jedi i innych instytucji, oferowanie żołnierzom własnego, normalnego, zwykłego życia. I wpada w pułapkę bycia nadopiekuńczym rodzicem, który chcąc jak najlepiej dla swojego dziecka, pozbawia go możliwości wyboru, tłamsi, narzuca własny sposób widzenia świata. Kontroluje każdy krok. Decyduje o tym, co powinno być ujawnione, a co musi pozostać sekretem. Bo wie, co jest dla jego ukochanego potomka najlepsze. Po prostu wie! A potem musi zmierzyć się z konsekwencjami decyzji i żałować, i myśleć, co by było gdyby. Ale... Czy istnieje prawdziwa, absolutna wolność wyboru? Żaden Jedi nie został zapytany, czy chce urodzić się ze zdolnością władania Mocą. Żadnego klona nie pytano, czy chce być klonem. Nikt z nas nie wybrał sobie rodziców i krewnych. Musimy radzić sobie z tym, co zostało nam dane. I liczą się nasze czyny, i postępowanie, i stosunek do innych istot, a nie to czym się urodziliśmy.

"My decapitations are more morally valid than yours decapitations."

Czym się więc różni Kal Skirata od znienawidzonych Jedi? Oni również uważali, że robili wszystko dla dobra Galaktyki, dla dobra obywateli, dla większego dobra. Jeżeli ja kogoś zniewalam, to dobrze. Jeżeli robi to ktoś inny to złe i niedopuszczalne. Witamy w świecie podwójnej moralności, hipokryzji i stosowania innych standardów dla swoich i obcych. Kal Skirata nie jest ignorantem, zdaje sobie sprawę ze swojej postawy. Wszystko co robi, robi z miłości. I to wystarczy, żeby usprawiedliwić swoje czyny. Prawda? Przyjdzie jednak czas, by się zmienić, choć odrobinę. I aby uświadomić sobie, że myślenie w kategoriach absolutu nie jest właściwe. Bo czy można nienawidzić kogoś, kogo zdążyło się poznać i w głębi duszy uważa za porządnego człowieka? Tylko, że ten ktoś jest, na przykład, Jedi? Czy można go po prostu zabić, gdy staje się to wygodne? Czy polubienie Jedi to zdrada poglądów i postanowień? Gdzie jest właściwa droga postępowania? Wybory moralne nie są łatwe. Wszyscy bohaterowie książki muszą się z nimi zmierzyć. Nie raz. Takich momentów wahań, wyboru, przewartościowania jest w książce mnóstwo.

"- I'm still on chapter ten - nerf husbandry. - You know there's a law against that, don't you?"

Pomiędzy trudnymi decyzjami, moralnymi rozważaniami i wyborami, walką, akcją i działaniem jest również czas na humor i zabawę. Na rozkwitające romanse i nowe związki. Na spotkania w rodzinnym gronie połączone z pochłanianiem mnóstwa smakołyków. Na świętowanie życia. W tej książce humoru jest może mniej niż w poprzednich pozycjach należących do cyklu, ale na pewno go nie brakuje. Jest miejsce i na wymieniane przez bohaterów słowne żarty, i na nawiązania do najsławniejszych tekstów i obrazów z klasycznych filmowych "Gwiezdnych wojen", jak na przykład kwestia braku wiary i scena zamykającej się grodzi. Jest też miejsce dla bardziej osobistych przytyków do niezbyt trafionych pomysłów innych autorów opisujących odległą galaktykę. Nie powstrzymam się od wspomnienia pewnych pseudonaukowych pomysłów Troya Denninga, będących w sprzeczności z nauką i zdrowym rozsądkiem. Traviss dokładnie wyjaśnia dlaczego pomysł Troya zaprezentowany w "Invincible" nie mógłby zadziałać, wytyka jego błędy. Może miała lepszego konsultanta do spraw genetyki, może po prostu więcej przeczytała.

"Here is why you can't exterminate us, aruetii. (...) We are a culture. We are an idea. And you can't kill ideas."

Powieść na pewno nie spodoba się miłośnikom radosnej, kolorowej akcji. Książka opiera się nie na wydarzeniach, ale na bohaterach, którzy nie są papierowymi idolami, ale prawdziwymi ludźmi. Jest tu mnóstwo rozważań, dumania, rozpamiętywania, gadania, gadania, gadania. I to wszystko w raczej ponurej, ciężkiej, dusznej atmosferze. Już nie wszystko się udaje, nic nie jest łatwe, proste, oczywiste, czarne i białe. W swoich pierwszych książkach Traviss przedstawiła nam odcienie szarości. Potem pojawiła się cała paleta barw. Teraz te barwy rozmyły się i zaczęły wzajemnie przenikać. I już nie wiesz, która jest która i kto jest kim. Zaciera się pojęcie wroga i przyjaciela, tego co właściwe i a co nie, dobrego i złego. Uwielbiam takie podejście. Uwielbiam mieć własne zdanie. Niejednoznaczności, niedopowiedzenia, pycha. Za to podejście uwielbiam Karen Traviss.

Książka nie jest idealna. Nie było wielu rzeczy, o których chciałabym poczytać, niektóre postaci zgubiły się w tle. Miejscami opowieść nużyła wielokrotnie przetrawianymi tematami, które były już dokładnie opisywane w poprzednich książkach cyklu. Zirytowało mnie przedstawienie kobiet, które nawet w mandaloriańskiej społeczności, gdzie wszyscy są równi, przesiadują głównie w kuchni i z uwielbieniem wpatrują się w swoich mężczyzn. Babka w beskar'gam wierna starej zasadzie trzech K - Kinder, Küche, Kirche. Wstyd pani Karen. Wstyd.

A przede wszystkim to miała być część większej całości. Tylko początek, zawiązanie akcji, przygotowanie pola bitwy, której... nie będzie. Co prawda o losach niektórych bohaterów możemy się dowiedzieć tego i owego z powieści Karen Traviss należących do cyklu "Dziedzictwo Mocy", a i sama autorka napomknęła coś na swoim blogu, ale to za mało. Chciałabym ujrzeć konkluzję, zakończenie historii. Tak byłoby uczciwie. Może jeszcze kiedyś...

Nomi
10.01.2010 r.

Artykuły: 1, 2. Star Wars: Imperial Commando: 501st - Karen Traviss - Del Rey Books - październik 2009 r.

- miękka okładka,
- 464 strony,
- ISBN 0345511131,
- cena 7,99$.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016