strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Opinie Nomi - tar Wars on Trial nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny


okładka
Salę sądową wypełnia ją tłum najróżniejszych istot wszelkich ras, płci i pochodzenia. Sędzią, bezstronnym i niezawisłym jest droid, pisarz David Brin oskarżycielem, a w roli obrońcy występuje Matthew Woodring Stover, którego chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. A gdzie oskarżony? Oto najsłynniejsza filmowa saga wszechczasów, "Gwiezdne wojny". Zarzutów jest wiele i są poważne. Czy wielbiciele odległej galaktyki obronią się przed krytyką, czy oskarżyciele dowiodą tez, czy zarzuty zostaną obalone? Zdecyduje ława przysięgłych. Zapowiada się długi i skomplikowany proces. Zostańcie z nami.

Wstępna mowa oskarżenia. David Brin

Twórca "Gwiezdnych wojen" George Lucas uważa swoje filmy za dzieło ważne, znaczące, mitotwórcze. Czy tak jest naprawdę? Czego przypadkowi widzowie i zagorzali fani mogą się nauczyć po wielu godzinach spędzonych z tymi filmami? Fantastyka naukowa, w książce i na ekranie, zawsze była gatunkiem stawiającym najważniejsze pytania o człowieka i jego cywilizację. "Gwiezdne wojny", choć ubrane w otoczkę SF, są oparte na pierwotnych mitach i bohaterskich opowieściach wspólnych dla wielu ludzkich kultur. Wszyscy wiedzą, że Lucas opierał się na teoriach Campella, na strukturze monomitu, opowieści o uniwersalnej drodze bohatera. Ale ograniczył się do "jasnych stron" mitów, które mają mniej romantyczne tło. Bohaterowie legend to nadludzie, herosi, półbogowie, którzy swoją pozycję uzyskali nie dzięki zdolnościom, tylko z powodu odpowiedniego pochodzenia - każdy pastuszek okazuje się księciem krwi. Wszystkich decyzji i wyborów wpływających na losy świata dokonują dobrze urodzeni wybrańcy. Gdzie jest miejsce dla zwykłych, szarych obywateli? Nie mają oni nic do powiedzenia, mogą zdecydować tylko o tym, którego z arystokratycznych liderów poprą. Świat "Gwiezdnych wojen" jest więc antydemokratyczny, skoncentrowany na elicie i arystokracji otoczonej ślepo w nich wpatrzoną szarą masą. Gdzie tu miejsce na rozwój cywilizacji, ewolucję poglądów i sprawiedliwość dla wszystkich? Opowieść o drodze bohatera jest metaforą dojrzewania, a czy dojrzewającemu człowiekowi (mężczyźnie oczywiście) w głowie odpowiedzialność, rodzina i rozwój społeczny?

Prokurator Brin wymienia mnóstwo nielogiczności i niedopatrzeń w fabule filmowych "Gwiezdnych wojen". Są wśród nich takie, które powinny wstrząsnąć osobami wrażliwymi moralnie. Można być największym draniem wszechczasów i uzyskać przebaczenie dzięki jednemu dobremu uczynkowi. Będąc wybrańcem, herosem, Jedi można robić wszystko nie bacząc na zdanie maluczkich. Będąc Jedi można korzystać z wszelkich uciech ciała i nie popadać w zgubne przywiązania i odpowiedzialności. Można być krętaczem, manipulatorem, kłamcą i zasłaniając się tajemniczością zostać uznanym za guru i mistrza. Można... Zarzutów jest mnóstwo i niech nas Moc broni przed moralnymi naukami płynącymi z "Gwiezdnych wojen".

Przeciwstawieniem elitarnego, arystokratycznego świata Georga Lucasa, który osobiście w jednym z wywiadów opowiadał się za mądrą dyktaturą, jest, według Davida Brina, egalitarny, demokratyczny wszechświat "Star Treka", w którym każdy ma szansę na swoje pięć minut.

Wstępna mowa obrońcy. Matthew Woodring Stover

Stover jest fanem "Gwiezdnych wojen" od momentu, gdy w pierwszym filmie cyklu ujrzał przebłyski Prawdy, Wielkich i Ważnych Pytań o cel życia, wszechświata i całej reszty. Jako autor czterech książek osadzonych w świecie Lucasa, Stover ma wkład w jego rozwój i wgląd w pozakulisowe sekrety nieznane przeciętnym fanom i czytelnikom.

W swojej mowie adwokat Stover odrzuca i podważa tezy postawione przez prokuratora Brina. Po pierwsze: możliwość kontaktowania się z Mocą nie jest zarezerwowana dla grupy wybranych, gdyż, jak to powiedziano w starej trylogii, Moc spaja całą Galaktykę i wszystkie żywe istoty, nie jest więc czymś elitarnym. Fakt, że niektórzy mogą nauczyć się manipulować Mocą jest rodzajem talentu, nad którym trzeba nieustannie pracować. W naszym świecie nie każdy ma szansę zostać Mozartem czy Rogerem Federerem.... Jedni to mają, inni nie, normalna sprawa.

Po drugie: monomit Campella nie jest jedynym w ludzkiej kulturze sposobem snucia opowieści. To analiza istniejących mitów i ich wspólnych tematów, nie narzucony schemat, którego wszyscy musimy się trzymać, zarówno w sztuce, jak i w życiu.

Po trzecie i kolejne: Lucas nie gloryfikuje absolutnej władzy wszechwiedzących elit. Wręcz przeciwnie - w "Gwiezdnych wojnach" obserwujemy upadek elity, która stała się arogancka, konserwatywna i odcięta od społeczeństwa. Jedi nie są "dobrymi facetami", tylko tajną organizacją o strukturze mafijnej, dysponującą nadludzkimi mocami, nie podlegającą żadnej kontroli. Dlatego musieli zostać zniszczeni. Jaka z tego nauka? Nie należy ślepo wierzyć autorytetom, liderom, politykom i oddawać podejmowania decyzji w czyjeś ręce. Trzeba myśleć samodzielnie, ufać Mocy, która jest w każdym z nas, wierzyć w miłość i w innych ludzi.

Zarzut pierwszy: Politycy w "Gwiezdnych wojnach" to antydemokratyczna elita.

Zarzut przedstawił David Brin w mowie wstępnej, jego argumenty weźmie pod uwagę ława przysięgłych przy podejmowaniu werdyktu. Przypomnijmy główne tezy oskarżenia: gwiezdnowojenne elity mają wrodzone, genetyczne prawo do rządzenia i nie muszą przejmować się racją zwykłych obywateli. Jedyne co ci ostatni mogą zrobić, to wybór pomiędzy arystokratycznym liderami. Każdy grzech może być wybaczony, jeżeli jest się osobą wysoko postawioną. Elity rządzą kierując się swoimi zachciankami, bez oglądania się na argumenty. Kłamstwa i sekrety to świetna rzecz i nie należy kłopotać się ich wyjaśnianiem.

Jako świadek obrony w tej sprawie powołany został pisarz Keith R. A. DeCandido.

W swoim wystąpieniu DeCandido wspomina o analogiach pomiędzy scenariuszem filmu "Zemsta Sithów" a sytuacją polityczną USA w pierwszej dekadzie XXI wieku: prezydencie Georgu W. Bushu, wojnie z terroryzmem i wojnie w Iraku, i o tym jak obywatele oddają swoje prawa w zamian za poczucie bezpieczeństwa. Ale odłóżmy politykę odległych Stanów Zjednoczonych i zajmijmy się polityką odległej galaktyki. Tamtejsze elity są przedstawione w negatywnym świetle. Elita w osobie Palpatine'a niszczy Republikę, elitarni Jedi nie zauważają zagrożenia zapatrzeni w czubki swoich arystokratycznych nosów. Ostatecznie władza reprezentowana przez elity przegrywa pokonana przez demokratycznie wybranych polityków (Leia, Mon Mothma), bandę Ewoków, przemytnika, byłego niewolnika, hazardzistę, parę robotów i kolorowych rebeliantów pochodzących ze wszystkich ras i krajów. Gdzie tu elitaryzm i gloryfikacja silnych przywódców?

Zarzut drugi: Pomimo zakładanego znaczenia mitycznego "Gwiezdne wojny" nie przedstawiają żadnych znaczących wartości religijnych ani etycznych.

Pierwszy wypowiada się świadek oskarżenia John C. Wright, adwokat, wydawca i dziennikarz.

W swoim rozbudowanym i szczegółowym wystąpieniu Wright zastanawia się dlaczego filmowym "Gwiezdnym wojnom" przypisuje się ogromne znaczenie mityczne, etyczne, nawet religijne. Przecież to tylko przygodowy film dla chłopców, a wszelkie nawiązania pseudoetyczne i pseudoreligijne służą wyłącznie budowaniu atmosfery lub wynikają z rozwoju akcji. Kilka przykładów. Pierwsze nawiązanie do Mocy ma nas wprowadzić w mistyczny klimat fantasy. Moc można studiować, ale nie po to by doznać zbawienia, oświecenia czy nabyć odpowiedniego podejścia do życia, ale w celu wykonywania widowiskowych sztuczek. Moc jest bezstronna i neutralna - można więc na ekranie pokazać konfrontację dwóch wyposażonych w miecze wojowników. Większość zsyłanych przez Moc wizji służy tylko napędzeniu przeszłej akcji. Obi-Wan umiera w odpowiedni sposób tylko dlatego, że wygląda to godnie; nie ma mowy o męczeństwie i poświęceniu. Alternatywa przedstawiona przez Wrighta wywołała atak niepowstrzymanego chichotu - Obi rozstrzelany przez szturmowców w chwili, gdy dobijał się do zamkniętego już włazu szykującego się do startu "Sokoła".

W sprawach etyki jest równie kiepsko. Oto jeden, jedyny czyn popełniony pod wpływem gwałtownych emocji przekreśla cię na zawsze. Koniec. A więc okrutne morderstwo z zimną krwią i bez emocji nie jest złe, żadne złe emocje nie wchodzą w grę. Największy zbrodniarz staje się milutki, jeśli popełni jeden, jedyny dobry uczynek. I tyle. Całą historię ludzkiej myśli etycznej możemy sobie...

W roli świadka obrony posłuchamy Scotta Lyncha, pisarza, którego ksiązki ukazały się już na polskim rynku. Lynch nie widzi w "Gwiezdnych wojnach" żadnych elementów religijnych, pomimo świątyń, medytacji, jednolitości strojów i komentarzy profanów. Tak naprawdę żadna w występujących w filmach postaci (poza Ewokami) nie odwołuje się do żadnego wyższego bytu. Jedi traktują Moc nie w kategoriach bóstwa, ale jako fakt, który istnieje, działa i można go wykorzystać, jeżeli zna się szczegóły techniczne.

Co innego etyka. Naukę moralną niesie klasyczna trylogia opowiadająca o losach Luke'a Skywalkera. Od Jedi ery Republiki oglądanych w nowych filmach raczej uczyć się nie należy - są niezdecydowani, aroganccy, odcięci od społeczeństwa i bez mrugnięcia okiem podejmują naganne moralnie decyzje (na przykład wykorzystanie niewolniczej armii klonów). Luke jest postawiony w opozycji do dawnych Jedi - działa dla dobra przyjaciół i w imię uczuć odrzucając udział w abstrakcyjnej walce Jedi i Sithów. (Niestety autorzy Expanded Universe z czasem przekształcili Luke'a w kolejnego Wielkiego I Nieomylnego Mistrza - N.)

okładka
Zarzut 3. Powieści ze znakiem "Gwiezdnych wojen" są marną namiastką prawdziwej science fiction i wypierają ją z półek.

Świadek oskarżenia Lou Anders, wydawca, pisarz i dziennikarz, w swoim wystąpieniu mówi o prawdziwej literaturze science fiction. Jest to jedyny rodzaj literatury, który potrafi ostrzegać, przewidywać, prognozować, pobudzać wyobraźnię i opowiadać o prawdziwej nauce, jednocześnie zapewniając czytelnikom dużą dozę rozrywki. Czyli można połączyć przygodę z myśleniem. Filmy z etykietką SF wykorzystują często tylko otoczkę wizualną, zapełniając przestrzeń kosmiczną efektownymi wybuchami i bezmózgą rozrywką. A "Gwiezdne wojny"? Tu nawet etykietka SF nie jest usprawiedliwiona, przecież to baśń, fantasy! Niestety siła oddziaływania tych filmów była tak ogromna, że w wyobraźni przeciętnego człowieka "Gwiezdne wojny" są tożsame z terminem "science fiction", co wywołuje przerażenie wśród pisarzy. Bo czy ktoś nie zorientowany w temacie, szukający dobrej literatury, kupi chociażby najmądrzejszą i najwspanialszą powieść, jeżeli oznaczy się ją znaczkiem SF, kojarzonym z neonowymi mieczami i wybuchającymi planetami? A pisarze tworzący opowieści dla znanej marki rozleniwiają się, nie angażują wyobraźni, bo przecież fani chcą czytać cały czas o tym samym. Po co więc się wysilać? Zwłaszcza, gdy takie książki i tak genialnie się sprzedają dzięki marce. A wydawca woli wydać setny tom opowieści o Jedi, bo zysk pewny, zamiast zaryzykować zainwestowanie w nowego autora i nowe pomysły. Książki związane z wielkimi uniwersami dorobiły się więc grzechów głównych: psucia wizji science fiction, zubożenia wyobraźni, osłabienia warsztatu autorów i zepsucia rynku.

Na pierwszego ze świadków obrony powołana została Laura Resnick, autorka romansów i fantasy, prywatnie córka Mike'a Resnicka. Pisarka opisuje techniczne aspekty swojej pracy, rozpoczynając od wspomnienia gorącego sporu na forum SFWA dotyczącego kwestii dopuszczania powieści pisanych na zamówienie do nagród literackich. Pisarze, nie przebierając w słowach odrzucili ten pomysł. A co to są powieści na zamówienie? Po pierwsze pisarz może pracować jako ghostwriter tworząc dzieło opatrzone później nazwiskiem kogoś innego. Po drugie, może stworzyć powieść oryginalną, do której ma całkowite prawa autorskie. Po trzecie, napisać powieść związaną z którymś z medialnych uniwersów, powieść, do której wszelkie prawa ma właściciel znaku towarowego. Książki takie, ku irytacji niektórych twórców, zajmują w księgarniach mnóstwo miejsca na półkach w działach poświęconych science fiction i fantasy. Fani chcą czytać o ulubionych bohaterach ulubionych światów, wydawcy je wydają, cały proces napędzany jest zyskiem. A pisarze? Czy tworzą dzieła na zamówienie tylko dla kasy? A czy czytelnicy są tak ograniczeni, że potrafią czytać tylko o tym co już znają? Wprawdzie nikt nie zostaje pisarzem dla pieniędzy, ale pisarz, jak każdy człowiek, zarabiać na życie musi. Nikt nie zmusi autora do pisania o "Gwiezdnych wojnach", tą markę wybierze autor, który "Gwiezdne wojny" lubi. Większość pisarzy wynajmujących swoje pióra dla firmy Lucasa jest fanami, pisze z pasją i wkłada w swoją pracę wiele wysiłku. Powstają książki lepsze i gorsze, i nie należy odrzucać ich z góry tylko z powodu napisu Star Wars na okładce. A czy wśród powieści oryginalnych nie ma gniotów?

Drugim świadkiem obrony jest Karen Traviss. Autorka współpracuje ze światem "Gwiezdnych wojen" od roku 2004, wtedy otrzymała propozycję napisania powieści związanej z grą "Republic Commando". I, jak wiemy, ofertę przyjęła, pomimo ostrzeżeń znajomych, pomimo prawie całkowitej nieznajomości świata. I wpadła po uszy. Świat "Gwiezdnych wojen" stawiał całkowicie inne wymagania pisarzowi związanemu z twardą, polityczną i militarną science fiction. Nie było tam mowy o opisywaniu naukowych realiów, ale za to mnóstwo polityki, wojny, a przede wszystkim ludzkich emocji i charakterów. A zadany temat... Armia klonów, armia dzieci-żołnierzy, armia niewolników wykorzystanych jako mięso armatnie przez (rzekomo) dobrych Jedi. Traviss jest zafascynowana tematem stawianych przez ludzi granic i rozróżnień my-oni. Skoro "oni" to obcy, można z nimi zrobić wszystko. A do roli obcego nadaje się każdy, byleby miał inną skórę, płeć, poglądy, dziedzictwo genetyczne. I tak Karen zakochała się w odległej galaktyce i poświęciła wiele pracy na jej rozbudowanie. (Jak ta miłość została zdradzona i nastąpił rozwód to już zupełnie inna, najnowsza historia. - N.)

Oczywiście praca w ograniczonym licencją świecie nie jest łatwa, tym większe jednak wyzwanie dla pisarza. Konieczna jest współpraca, konieczne jest zachowanie pewnego kodu językowego (pozbawić język żołnierski przekleństw i dosadnych wyrażeń, zachowując jednocześnie soczyste brzmienie), trzymanie się realiów świata. Trudności rozwijają. Czytelnicy bezbłędnie rozróżniają, czy autor włożył w swoje dzieło serce i pasję, czy tylko odrobił zadanie.

Ostatnim świadkiem obrony jest Kristine Katharine Rush, pisarka tworząca pod szyldami wielu gatunków literackich. Jest czytelniczką science fiction od wielu, wielu lat i tym, co zachwyciło ją w fantastyce i w "Gwiezdnych wojnach" był rozmach w pokazywaniu obcych światów, przygoda, wspaniali bohaterowie, których heroiczne przygody zawsze kończyły się dobrze. Tak było w pierwszych latach fantastyki, później pisarze chcący wyjść poza heroiczny schemat opowieści zaczęli tworzyć inną fantastykę. Przepełnioną nauką, wizjami dusznych, smutnych światów, w których bohaterowie nie tylko nie wygrywali, ale i też mogli wszystko stracić. (I całe szczęście - N.) Science fiction stała się hermetyczna, czytana i zrozumiała tylko przez wąskie grono wielbicieli. Na szczęście na rynek weszli ludzie wychowani na medialnej, filmowej i telewizyjnej fantastyce. Dzięki nim wzrosła sprzedaż książek, pojawili się nowi pisarze znów potrafiący zainteresować inteligentną przygodą. Fani czytający o przygodach Hana Solo nie zabijają fantastyki, wręcz przeciwnie. Jeżeli komuś spodoba się gwiezdnowojenna opowieść danego autora jest spora szansa, że przeczyta również inne książki tego pisarza. To fani są ratunkiem dla fantastyki, nie zamknięci w swoim gronie wielbiciele "poważnej" literatury.

Zarzut 4. Po "Gwiezdnych wojnach" filmy science fiction zostały zredukowane do pokazów efektów specjalnych.

Na początku był statek kosmiczny. Tak zaczął swoje wystąpienie John G. Hemry, pisarz tworzący również pod nazwiskiem Jack Campbell. A po statku kosmicznym pojawił się facet w czerni, księżniczka, Luke Skywalker... I publiczność widziała, że to było dobre. Na tyle dobre, że "Gwiezdne wojny" stały się filmowym i marketingowym hitem wszechczasów. Producenci i reżyserzy, chcąc powtórzyć sukces, zaczęli masowo wytwarzać podobne filmy licząc na powtórkę. Niestety, koncentrowali się przede wszystkim na statkach i wybuchach, całkowicie zapominając o tym, co było siłą filmów Lucasa. O opowieści. Wydawano miliony na efekty i zapełniano ekran efektownymi obrazkami, a zabrakło kilku dolarów na zatrudnienie dobrego pisarza, scenarzysty. I dostaliśmy, na przykład, Battlestar Galactica (1978) i dziesiątki, setki podobnych produkcji. Ale to nie była wina George'a tylko jego nieudolnych naśladowców.

Ku zaskoczeniu oczekujących fanów nowa trylogia, zamiast odnowy gatunku, podążyła w złym kierunku. Dostaliśmy masę najnowocześniejszych efektów specjalnych dopełnionych kiepskim aktorstwem, złymi dialogami i brakiem treści. A że były to "Gwiezdne wojny"... Jeśli dzisiaj idziemy do kina na SF nie powinniśmy się spodziewać niczego poza masą oszałamiających efektów i oszałamiającej głupoty. I to już jest wina George'a.

Świadek obrony Bruce Bethke przypomina szanownym przysięgłym jak wyglądało kino fantastyczne przed rokiem 1977, a raczej o tym, jak wyglądało ono w mniemaniu przeciętnego zjadacza popcornu. Z ekranów straszyły wówczas latające spodki, potwory z bagien i gigantyczne owady, przeciw którym stawał muskularny bohater w towarzystwie wrzeszczącej blondynki. Oczywiście powstawały wielkie, ważne filmy, ale ginęły one wśród przeważającej tandety. Same lata siedemdziesiąte były pesymistycznym okresem: USA wychodziły z szoku po wojnie wietnamskiej, rosły ceny, brakło pozytywnych bohaterów, w rzeczywistości i w kinie, gdzie dominowali antyherosi w stylu Brudnego Harry'ego. I pojawił się Lucas, który zaryzykował, sprzeciwił się duchowi czasu przywracając na ekrany i do masowej wyobraźni prawdziwego pozytywnego bohatera. Dzięki "Gwiezdnym wojnom" powstały później filmy o Indianie Jonesie, Harrym Potterze, Narni... i możemy się dobrze bawić.

Zarzut 5. "Gwiezdne wojny" ograniczyły postrzeganie science fiction.

Pisarka Tanya Huff rozpoczyna swoje wystąpienie w roli świadka oskarżenia od pewnej anegdoty. Pewnego dnia ona i jej znajomi jechali z Kanady do USA na konwent miłośników fantastyki. Strażnik na granicy patrzył na nich podejrzanie do momentu, aż usłyszał słowa "Gwiezdne wojny"... W opinii tego człowieka science fiction i "Gwiezdne wojny" stały się tożsame. Przed 1977 rokiem fantastyka była dla opinii społecznej czymś pomiędzy infantylnymi serialami telewizyjnymi a obrazem niebezpiecznych anarchistów odurzonych narkotykami, dyskutujących w kątach księgarń o dziwacznych sprawach. "Gwiezdne wojny" były rewolucją. Film obejrzały miliony ludzi. Ludzie ci rzucili się do księgarń szukając czegoś, co wywoła u nich te same uczucia co film. I dostali. Na początku adaptacje, później całe mnóstwo książek kontynuujących i rozwijających filmowy świat. Fani chcieli, wydawcy produkowali, pieniądze płynęły. I dopóki płyną nie należy się spodziewać, że książki związane z medialnymi wszechświatami przestaną zajmować najlepsze miejsca na półkach. A póki zajmują, to w oczach przypadkowego klienta księgarni fantastyka nadal będzie kojarzona tylko z jednym wizerunkiem, płytkim, rozrywkowym, kolorowym wizerunkiem "Gwiezdnych wojen".

Richard Garfinkle, autor fantastyki i świadek obrony, stwierdza, że nawet kiepskie filmy, jakimi w jego mniemaniu były "Gwiezdne wojny", mogą przysłużyć się pisarzom tworzącym fantastykę. W jaki sposób? Po pierwsze "Gwiezdne wojny" zostały obejrzane i zapamiętane przez miliony ludzi. W umysłach tych ludzi powstał pewien kod, słownik pojęć i obrazów stosowanych przez SF. Po filmach Lucasa nie trzeba już tłumaczyć czytelnikom, co to jest hiperprzestrzeń i jak działają napędy statków kosmicznych. Oni to wiedzą, widzieli na ekranie. Pisarz może się więc skupić na innych aspektach opisywanego świata. Po drugie "Gwiezdne wojny" jako imponujące wizualnie zainspirowały twórców innych filmów SF do budowania coraz wspanialszych wizji za pomocą coraz lepszych efektów. Książka w porównaniu z filmowymi fajerwerkami wypada blado. Autorzy przestali wiec opisywać bezmyślne akcje i fajerwerki, bo i tak nie mają szans w porównaniu z filmami. Mogą za to skupić się na tym, czego film nie pokaże tak dobrze jak słowo: uczuciach, emocjach, nastroju, atmosferze. A znudzony wybuchami widz będzie szukał w książkach tego, czego nie pokaże żaden film.

Zarzut 6. "Gwiezdne wojny" udają science fiction. A tak naprawdę to fantasy.

Na podium wkracza świadek oskarżenia Ken Wharton, profesor fizyki i pisarz. Zaczyna zastanawiać się, co tak naprawdę odróżnia science fiction od fantasy. Magia i nauka? Sam Arthur C. Clarke stwierdził, że zaawansowanej nauki nie da się odróżnić od magii. A magia oparta na ścisłych i opisanych zasadach staje się przecież nauką. Lepszym rozróżnieniem jest możliwość połączenia tego o czy czytamy i co widzimy z otaczającym światem: da się to zrobić = SF, nie da = fantasy. W tym aspekcie "Gwiezdne wojny" to nieodwołalnie fantasy. Dawno temu w odległej galaktyce - nie da się wyznaczyć drogi ani odległości w czasie. Moc - po prostu działa, bierzemy to na wiarę, jest i tyle. I nagle pojawiają się midichloriany psując definicję świata. Da się je odnieść do naszej rzeczywistości, stają się więc elementem nauki w świecie fantasy. Pojawiają się pytania: dlaczego, jak, w jaki sposób, skąd...? Przeniknięcie się obcych rzeczywistości nie spodobało się fanom, tak więc o midichlorianach raczej już nie usłyszymy. Niech fantasy pozostanie fantasy.

Kolej na wystąpienie świadka obrony, naukowca i pisarza Roberta A. Metzgera. Jego zdaniem George Lucas jest naukowym geniuszem, który poprzez swoje filmy chce powiedzieć coś o naszym świecie. Otóż nasz świat nie jest realny, żyjemy w wielkiej symulacji, w Matriksie. Ta teoria to nie sen wariata, tylko pewna konstrukcja filozoficzna, eksperyment myślowy. A gdzie tu "Gwiezdne wojny"? Lucas stworzył sztuczny świat pełen błędów, niedociągnięć, nielogiczności. Świat w którym wtajemniczeni mogą te błędy wykorzystać, złamać prawa niedoskonałej, sztucznej fizyki dzięki której działa Moc i parsek staje się jednostką szybkości. Lucas powiedział milionom widzów, że rzeczywistość nie jest taka jaką nam się wydaje, że oczy mogą zwodzić, że istnieje większy, wyższy poziom rzeczywistości, który można poznać... I który być może badają specjaliści z ILM, szukając dziur i błędów w naszym własnym, równie sztucznym i niedoskonałym świecie.

Na salę sądową wraca Bruce Bethke, tym razem wezwany przez oskarżyciela. Stara się udowodnić przysięgłym, że "Gwiezdne wojny", zwłaszcza nowa trylogia to nie film fabularny, film aktorski tylko kreskówka w stylu japońskiego anime. Gdy widzimy kreskówkę nie wymagamy logiczności, naukowości... Widzimy okręty kosmiczne walczące burta w burtę jak pirackie fregaty, ogromne armie, niezwykłe krajobrazy i oszałamiającą architekturę, ale nic z tego nie jest prawdziwe. Te cuda powstały w pamięci komputerów, a dodani do tego ogromu ludzie gubią się, przestają być ważni przez co nowe epizody nie mają już tego magicznego "czegoś" co urzekało wiele lat temu.

Ostatnią osobą zabierającą glos w sprawie omawianego zarzutu jest Adam Roberts, pisarz i parodysta. Ma on kolejną ciekawą teorię: "Gwiezdne wojny" to specyficzny rodzaj fantastyki porównywalny z "Autostopem przez galaktykę". "Gwiezdne wojny" to komedia. Ale nie taka jak sitcom z nagranym śmiechem, tylko w znaczeniu bardziej ogólnym, szekspirowskim. Wiele sztuk tego Anglika określa się jako komedie, choć trudno znaleźć w nich oszałamiające gagi. Komedia to gatunek mający wywołać dobry humor, poczucie radości, zadowolenia, uniesienia. I bez wątpienia "Gwiezdne wojny" wywołują takie reakcje. Potwierdzeniem tej tezy jest cała masa gwiezdnowojennych parodii pojawiających się we wszystkich możliwych mediach. Śmiejemy się nie czując się obrażeni deformacją ukochanych filmów, bo same filmy przynoszą ogromną radość. A wszyscy, którzy bardzo serio analizują dzieło Lucasa widocznie pozbawieni są poczucia humoru. I nie załapali o co w dowcipie chodziło.

Zarzut 7. Kobiety w "Gwiezdnych wojnach" są przedstawiane jako słabe.

Zarzut uzasadnia świadek oskarżenia Jeanne Cavelos, astrofizyk, pracownica NASA, wydawca i pisarka. Świadek utwierdza przysięgłych w przekonaniu, że Lucas w swoim pierwszym filmie stworzył wspaniała postać kobiecą. Leia jest przywódcą, politykiem, nie waha się używać broni i ma wyjątkowo cięty język. To ona rządzi otaczającymi ją chłopakami. Ale to nie Leia jest głównym bohaterem filmu i w kolejnych częściach trylogii przedstawiana jest jako coraz słabsza i zależna od innych. W Epizodzie IV była przywódcą, senatorem, księżniczką, w V nie jest nawet dowódcą rebelianckiej bazy, w VI nie ma żadnej funkcji. Przestaje być liderem, a tylko podąża za innymi, im zostawia decyzje, a gdy decyzje już zostają podjęte narzeka, przebiera się i zmienia fryzury. Prawdziwymi bohaterami są mężczyźni, kobieta może tylko kibicować ich sukcesom i czule spoglądać w oczy.

W nowej trylogii Amidala przechodzi podobne fazy, choć jej degradacja w toku kolejnych filmów jest jeszcze wyraźniejsza. Zaczyna jako przywódczyni, polityk walczący za swoich podwładnych. Przestaje być silną kobietą gdy oddaje los Naboo w ręce senatu i Jedi, i pyta mężczyzn o rady. W epizodzie II mamy już tylko damę w opresji, którą trzeba ratować i która całkowicie zapomina o swoich obowiązkach w towarzystwie mężczyzny. A w III płaczącą przyszłą matkę, która nieustanne pyta męża "co zrobić..." i umiera z powodu pękniętego serca. Dlaczego? Bo kobiety nigdy nie miały statusu bohaterów, były tylko postaciami pobocznymi. Z niskim priorytetem nie zasłużyły na zostanie stabilnymi, pełnymi, żywymi postaciami pozostała im rola cheerleaderek. Szkoda.

Świadek obrony, pisarz Bill Sprangler widzi mnóstwo dzielnych i silnych kobiet w filmowych "Gwiezdnych wojnach" i w Expanded Universe, i to jest jedna z cech za które kocha ten wszechświat. Postać Leii na tle postaci kobiecych z filmów z lat '70 musiała zostać zapamiętana, gdyż była inna - władcza, szokująca. Padme przyjęto z mniejszym entuzjazmem, na początku XXI wieku silne kobiety w filmach były na porządku dziennym.

Zarzut 8. Błędy i logiczne nieścisłości w "Gwiezdnych wojnach" zniechęcają inteligentnych widzów.

Nick Mamatas, świadek oskarżenia, stwierdza, że pierwszy film, "Nowa nadzieja", był wesoły, niewinny i nieszkodliwy. A kolejne... Im dalej tym gorzej. "Gwiezdne wojny" są pełne błędów, nielogiczności, nieścisłości, nie tylko z nauką, ale i z samymi sobą: najgorzej wypada tu zgodność pomiędzy starą i ową trylogią. Można byłoby machnąć na to ręką i zignorować, ale... "Gwiezdne wojny" to ogromny produkt wpływający na masową wyobraźnię. I jeżeli te filmy, nielogiczne i bezsensowne, zdobyły taką popularność i takie pieniądze to dlaczego nie zrobić więcej tego typu filmów. Nielogicznych, bezsensownych, ogłuszająco głośnych i oślepiająco kolorowych. Publika kupi.

Świadek obrony Don DeBrandt wylicza niesamowite błędy i niedociągnięcia "Gwiezdnych wojen". Lista jest długa. I co z tego. Nie kochamy tych filmow za naukowość, logikę. Kochamy za niezwykły, ogromny świat, za wspaniałych bohaterów, za nieskrępowane niczym możliwości, za rozwijanie wyobraźni. Sam Einstein powiedział, że wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza. Wróćmy więc do dzieciństwa i bawmy się wyobraźnią.

Proces zmierza ku końcowi. Oskarżenie i obrona wygłosili mowy końcowe. Teraz wszystko w rękach szanownych przysięgłych. Czy uznają dzieło Lucasa za winnego wszystkich zarzutów? Czy obrona przekonała obecnych do swojego zdania? Niezależnie od wyniku wszyscy, którzy wzięli udział w procesie są fanami "Gwiezdnych wojen". Któż inny poświęciłby czas na podawanie argumentów, rozbieranie filmów na czynniki pierwsze, poszukiwanie ukrytych znaczeń? I niezależnie od wyniku, śledzenie i przedstawienie przebiegu procesu było prawdziwą przyjemnością.

Nomi
20.04.2010 r.

Artykuł: 1. Star Wars on Trial: Science Fiction and Fantasy Writers Debate the Most Popular Science Fiction Films of All Time - redakcja Matthew Woodring Stover, David Brin - BenBella Books, czerwiec 2006 r.

- miękka okładka,
- 240 stron,
- ISBN 193210089X,
- cena 17,95 USD.


Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016